Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmOwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmOwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 sierpnia 2016

Obejrzane: "Star Trek Beyond" czyli miłe zaskoczenie

Brak komentarzy
Od razu powiem: nie lubię dwóch pierwszych Star Treków J. J. Abramsa. Aż tak, że gdy usłyszałam pierwsze informacje o tym, że odpowiada za Przebudzenie Mocy bardzo się nie ucieszyłam (pomiędzy George’m „Episodes 1-3” Lukasem a rebootami Star Treków nie miałam wielkich nadziei na przebudzenie franczyzy). Jego tak koszmarne, że aż legendarne lens flares (nie mam pojęcia, jaki jest polski techniczny termin) - jeśli nie wiecie o czym mówię polecam bardzo - oraz inne małe/wielkie problemy dwóch pierwszych części, przede wszystkim jego podejście do opowiadania o startrekowym uniwersum w sposób, który sprawia, że oba filmy wyglądają jak jedno wielkie video audition do roli reżysera Gwiezdnych Wojen. W pierwszym filmie drażniło mnie niemal wszystko, z decyzjami dotyczącymi castingu na czele: Chris Pine jako Kirk (niechęć tak silna, że mi się na parę lat przełożyła na wszelkie jego role aktorskie), Zachary Quinto jako Spock (podobnie), Zoe Saldana - swoją drogą, ciekawi mnie lawina krytyki jako spadła na nią za Ninę (i słusznie) czyli latynoamerykańska aktorka gra czarnoskórą ikonę ruchu praw obywatelskich w świetle obsadzenia jej jako Uhury - pierwszej hollywoodzkiej roli w której czarnoskóra kobieta nie była służącą. A może coś przegapiłam? Generalnie film zapamiętałam jako traumatyczne doświadczenie, a jego najjaśniejszym punktem jest śmierć Chrisa Hemswortha (chyba nie tylko dla mnie, skoro właśnie został zaangażowany jako główny protagonista Star Trek 4). Drugą próbę Abramsa, Star Trek Into Darkness przywitałam wzruszeniem ramion, pogodzona z ogólną kiepskością która tylko zmarnowała Benedicta Cumberbatcha (przy okazji, wielkie franczyzy zupełnie nie potrafią tworzyć złych charakterów).

A przecież moje nastawienie do startrekowego uniwersum zawsze było pełne podskórnej sympatii - ST The Next Generation jest dla mnie silnym wspomnieniem z dzieciństwa, choć nie pamiętam, czy oglądałam z własnej inicjatywy, czy też ktoś w otoczeniu bardzo lubił? Oraz jeden z pełnometrażowych filmów, tytułu nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać, ale fabułę można streścić jako uwolnić orkę w kosmosie (haha, ależ ja jestem zabawna). Pamiętacie? Widzieliście? Załoga Enterprise podróżuje w czasie i odwiedza XXwieczną Ziemię celem kradzieży pary wielorybów, bowiem w ich czasach kosmiczne walenie zniszczą trzecią planetę od słońca, jeśli nie usłyszą głosów swoich pobratymców. Aż sama sobie nie wierzę, że ten scenariusz przeszedł przez cały proces hollywoodzkiej produkcji (oczywiście że dziś nie miałby szans).
Na studiach przeżyłam dość męczący semestr z zajęciami z teorii kultury, który zbyt często zamieniał się w zbyt żarliwe dyskusje o wyższości Gwiezdnych Wojen nad Star Trekiem i odwrotnie. (moja osóbka była tą psują w piaskownicy, która tupała nóżką z okrzykiem „WTF ja tu przyszłam o Geertzu rozmawiać”).

W każdym razie sama się sobą zadziwiłam, gdy trailer do Star Trek Beyond zaskoczył mnie ochotą kupna biletu. Co prawda, jedynym logicznym powodem byli Beastie Boys. What can I say, I’m easy like that.



A może nie uświadamiając sobie tego postanowiłam to trochę wcześniej, gdy usłyszałam o tragicznej śmierci Antona Yelchina (dla tych co nie słyszeli). Wiem, że kołatało mi się po głowie, że ta wizyta w kinie będzie ach, naszym ostatnim spotkaniem. (Bo ja okropnie sentymentalna jestem jeśli o kino chodzi).

I wiecie co? Bardzo, bardzo pozytywnie się zaskoczyłam tym filmem. Niekoniecznie chcę napisać recenzję, bo też niekoniecznie wiele mam o tym filmie do powiedzenia - ale to jest naprawdę przykład bardzo solidnego blockbustera. Nic szczególnie niesamowitego, ani zaskakującego dla średnio obytego kinomana, ale tez nie ma ani jednego momentu w którym byłabym zirytowana banalnością rozwiązań. Nie brzmi nie jakoś szczególnie zachęcająco, ale zapewniam, trudno wyjść z tego filmu rozczarowanym. Wyobraźcie sobie swój ulubiony comfort food (swoją drogą zakładając bloga miałam nadzieję, że zmusi mnie to do wysiłku konstruowania ładnych zdań od początku do końca po polsku- jak widać I’m failed spectaculary). 
Zaskoczyłam się swoim nader emocjonalnym smuteczkiem w serduszku podczas ataku na Enterprise („niszczycie mój statek z dzieciństwa!”) i wręcz namacalną energiczną radością którą niesie scena z użyciem Sabotage Beastie Boysów (ale to bardzo dobry utwór jest) - w retrospekcji podnosi to wartość trailera, bo okazuje się, że wybór muzyki nie był ot tak sobie przypadkowy z gatunku „weźmy jakiś znany przebój dla kontrastu ze światem przedstawionym”.
Przypomniał mi się za to artykuł sprzed paru miesięcy o  Justinie Linie przyszłości Hollywood, który w zasadzie zignorowałam, bo nie w głowie mi były zachwyty nad reżyserem 5 i 6 części Szybkich i Wściekłych (żadnej części nie widziałam, więc bardzo prawdopodobne, że jestem full of shit). Star Trek Beyond udowadnia jego klasę, rzemiosło i kunszt, bo wbrew pozorom bardzo trudno jest zrobić udany film pod brzemieniem olbrzymich oczekiwań wytwórni, ogromnego budżetu, który musi się zwrócić i fanów (o czym się boleśnie przekonał ostatnio David Ayer, reżyser Suicide Squad i znakomitej skądinąd Furii).
Chris Pine mnie o dziwo wreszcie przestał irytować, nie wiem na co to zrzucić, na współpracę z odpowiednim reżyserem? Wiem, że nie jestem w tym odosobniona, bo jak wyczytałam o nim w jednej z recenzji „ finally seeming comfortable in this role”
Zachary Quinto również przestał mnie negatywnie usposabiać, i intensywnie nad tym medytując czyli omijając miejskie korki na rowerze odkryłam przyczynę: nareszcie uporządkowali sytuację z jego brwiami! The Original Spock, aka Leonard Nimoy miał wysokie łuki brwiowe, które pomagały w nadaniu charakterystycznego wyglądu, Quinto ma dość proste i niskie i usilne stylizacje sprawiały, że wyglądał dość kretyńsko. Dowód A i Dowód B, porównanie pierwszej i trzeciej części filmu:





A skoro już o wyglądzie postaci marudzę: nie rozumiem, dlaczego filmowe widowiska zawracają sobie głowę z angażowaniem rozpoznawalnych nazwisk (tu akurat chodzi mi o Idrisa Elbę, ale wrzucam zdjęcie również Oscara Isaaca jako dowód na szerszą skalę zjawiska), skoro decydują się ich zakryć kilogramami charakteryzacji do momentu w którym przestają być rozpoznawalni i mógłby ich zastąpić każdy tani, nieznajomy aktor.





I tyle w zasadzie miałam do powiedzenia, zostawię was na koniec z dwoma fragmentami z recenzji Star Trek Beyond które uważam za bardzo trafne i lepiej bym tego nie ujęła.

There will never be big-budget movie Star Trek like there was in earlier eras—the stakes are too high and studios don’t trust summer audiences to turn out for a cerebral movie in which the characters sit around debating the nature of man. Not when that movie is made for $185 million. So keeping in mind that Beyond has to straddle the line between the brainy nature of classic Trek and provide the adventure and excitement summer movie audiences expect, this is about as good as it’s going to get.

(ten fragment o scenie, którą kompletnie w kinie pominęłam, a która po przeczytaniu poniższego zdania sprawiła, że miałam ochotę puknąć się głowę no ależ oczywiście!)


it’s not hard to pick up on the subtext of the handsome American attempting to make peace between two groups who do not look like him and whom he does not understand failing.

sobota, 9 kwietnia 2016

Obejrzane: "Opowieść o miłości i mroku"

Brak komentarzy
Dlaczego postanowiłaś zekranizować książkę Amosa Oza, i to właśnie tę?
Przeczytałam ją siedem, może osiem lat temu i z miejsca się w niej zakochałam. Przede wszystkim dlatego, że tak poetycznie mówi o języku. Z czasem jednak równie mocno zaintrygował mnie wątek rodzinny, relacja syna i matki imigrantki. Ja jestem sama imigrantką w trzecim pokoleniu, a do USA przeprowadziłam się z Izraela jeszcze jako małe dziecko. Tak więc ten wątek jest mi emocjonalnie bardzo bliski. Nie mówiąc już o tym, że Oz jest jednym z bardziej cenionych na świecie pisarzy, a także jednym z moich bohaterów, nie tylko literackich. Był współzałożycielem ruchu Peace Now [najstarsza inicjatywa pokojowa w Izraelu - przyp red. - bardzo kiepski research, który wprowadza czytelnika w błąd, najstarszą inicjatywą było Brit Shalom, przypisek mój], który był i jest niezwykle istotny politycznie, szczególnie w dzisiejszych czasach. Najbardziej na świecie bałam się, że Oz odrzuci to, co zrobiłam. Jego błogosławieństwo dało mi poczucie bezpieczeństwa, zapewniło ochronę przed wszelkimi krzywdzącymi opiniami. On widział film i wyraził swoje poparcie. Doceniam, że dał mi wolność, zaufał i pozwolił z książki, którą kocham, zrobić coś własnego.

[Fragment wywiadu, który ukazał się zimą w Elle? Wysokich Obcasach? Innym tytule, który leżał w Costa Coffee? Nie mam pojęcia, bo zrobiłam zdjęcie tylko temu fragmentowi, bez żadnej adnotacji.]

Kiedy usłyszałam (nawet mogę podać konkretną datę, walentynki 2014 roku), że Natalie Portman postanowiła zekranizować Opowieść o miłości i mroku miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony radość, jedna z moich ukochanych książek dostała się na filmowy radar. Sam fakt, że Portman ma podobny gust literacki do mnie sprawił, że myślę o niej cieplej niż dotychczas. Z drugiej - bogata, wielowarstwowa książka, nie potrafiłam sobie wyobrazić przeniesienia jej na ekran z sukcesem. Jednak znów, to że ja nie jestem w stanie, nie znaczy, że zdolniejsi nie podołają. Tu znów wracam do roli wątpiącej - za przenosiny na wielki ekran nie zabrał się, hm, dajmy na to, Terence Malick, tylko debiutantka po drugiej stronie kamery Natalie Portman. (Opinia Oza mnie nie przekonuje, sama Portman nie zapomina w filmie umieścić sceny, w której matka uczy małego Amosa, że lepiej być wrażliwym niż szczerym ;)).


Im bliżej premiery/wizyty w kinie, tym bardziej niedowierzałam, robiąc sobie krzywdę powtórna lekturą (bo zbyt świeża pamięć tekstu zawsze szkodzi traktowaniu filmu jako dzieła osobnego). Nie chcąc jednak pójść z negatywnym nastawieniem, powtarzałam sobie, że i ja jako widz, i Portman jako twórca książkę Amosa Oza uwielbiamy, i nie mogę mieć wyrzutów jeśli zwracamy w niej uwagę na zupełnie inne rzeczy, coś innego jest dla nas ważne…

A po seansie uczucia wciąż mieszane. Oczywiście nie wiem, czy potrafię odciąć się od książki oceniając film, ale spróbuję podsumować debiut reżyserski Natalie Portman bez marudzenia „bo w książce było inaczej” (pewnie nie do końca mi się to uda).

Przede wszystkim Portman okazała się całkiem sprawnym reżyserem. Przepięknie komponuje kadry, dużo uwagi poświęca odpowiedniemu wystylizowaniu danej sceny aby miała odpowiedni nastrój. (Trochę się w tym zapomina, na zasadzie bardziej to ładne niż głębokie, ale filmowego oka odmówić jej nie można). Sprawdza się to szczególnie w scenach marzeń/wspomnień/opowieści snutych przez matkę. W prosty, mocny i dość kameralny sposób umie też pokazać grozę wojny, jak w scenie z postrzeloną kobietą i krwią brudzącą czyste pranie.
Drugą sceną filmu jest ujęcie starego człowieka (czyli dzisiejszego pisarza, autora literackiego pierwowzoru), który przemierza uliczki Jerozolimy i jednym ruchem kamery, bez cięcia przenosimy się w lata czterdzieste, gdzie ów starszy pan podąża za parą z małym chłopcem. Prosty, ładny efekt, a scena ta chwyta mnie za serduszko, bo idealnie wpisuje się w moje postrzeganie Opowieści o miłości i mroku, gdzie stary, wiele rozumiejący już człowiek podąża ścieżkami swojej pamięci, próbuje zrozumieć i złożyć hołd zmarłym. Tylko czy jest ona zrozumiała dla  ludzi, którzy nie zetknęli się z powieścią? Nie wydaje mi się, szczególnie, że z offu słyszymy dziwny monolog, paraboliczny opis Jerozolimy-miasta, który zresztą jest dokładnym cytatem z książki.
Podobny zabieg ma miejsce pod koniec filmu, gdy matka i stary pisarz patrzą na siebie przez zalaną deszczem szybę. Scena pełna postaci ze wspomnień i sennych marzeń, której jednak Portman nie umie obronić inaczej niż znów posługując się czytanym z offu fragmentem książki. Miłość reżyserki do adaptowanego tekstu zbyt często przytłacza film, który momentami staje się tylko literackim teledyskiem, ładnie sfilmowanymi obrazami stanowiącymi pretekst do zacytowania kolejnego akapitu z Opowieści o miłości i mroku.

Jeśli w warstwie wizualnej miałabym się czegoś czepiać - delikatnie zaczęłam, ale właściwie chodzi o to że się głośno i z pretensją czepiać będę właśnie: cały film jest skomponowany w barwach szaroniebieskich, nie ma chyba żadnej sceny w której nie posłużono by się zimnymi barwami, dzięki czemu Jerozolima wygląda jak wschodnioeuropejskie miasteczko, małe sztetl żydowskiej diaspory. Wybór dla mnie co najmniej zaskakujący, tym bardziej, że w swojej książce Oz (którego jak łatwo zauważyć słowa Portman bardzo szanuje) bardzo szybko (strona 43 z 590 wg wydania MUZY) ukazuje czytelnikowi mocny kontrast czyli widoki Orientu, jego barwy i zapachy w opozycji do szaroburych, jesiennych miasteczek Europy wschodniej. A Jerozolima u Portman wygląda jak jedno z tych ostatnich. Nie rozumiem, dlaczego przeciwieństwa te nie zostały zachowane, nie wiem czyja to była decyzja, Natalie Portman-reżyserki czy Sławomira Idziaka-operatora, ale uważam to za duży błąd. 
Ciemne szarawe barwy za to idealnie łączą się z tonem opowieści, który dla Portman okazuje się zupełnie inny niż dla mnie. Zawsze uważałam Opowieść o miłości i mroku za skąpaną w słońcu historię o miłości, w której nieubłaganie spod powierzchni wypełza mrok. A w kinie się przekonałam, że dla niektórych to zimna opowieść o mroku w której momentami można dostrzec miłość. 

Opowieść o miłości i mroku za to kompletnie wykłada się w warstwie opowieści. I tutaj okazuje się, że o ile Natalie Portman radzi sobie z reżyserią, to kompletnie poległa na decyzji o samodzielnym napisaniu scenariusza. Nie wiedziała o czym chce opowiedzieć. O dorastającym chłopcu, przyszłym pisarzu? O matce, zmagającej się z wewnętrznymi demonami. Mam wrażenie, że obie narracje sa równie nieudane. Mamy chłopca, przez którego postrzegamy świat wokół, ale który w zasadzie nic nie robi i niczego emocjonalnie nie przeżywa, co przekłada się na postawę widza. Ot, najbardziej drewniany dziecięcy aktor w Izraelu siedzi/stoi/idzie. Co myślał o matce, ojcu, sytuacji politycznej i znajomych rodziców? Co czuł w czasie jej choroby, kiedy na jego barki spada opieka nad dorosłą osobą? Urywki dostajemy w postaci komentarza starego pisarza słyszanego z offu, ale to jeszcze bardziej oddala nas od postaci chłopca. W pewnym momencie zjawia się nowa postać, którą znów narracja spoza ekranu pozwala zidentyfikować jako przyjaciółkę matki (wiemy, że jest niedobrze, kiedy opowieść cały czas nam mówi i tłumaczy, zamiast pokazać) i która oświadcza „jesteś taki wrażliwy, będziesz pisarzem”. Deus ex machina, rozwój postaci mamy z głowy. Ostatnie sceny z kibucu tylko zaciemniają obraz sytuacji, jak dziwny fakt wyjęty na chybił trafił z życiorysu, który nie ma poparcia we wcześniejszych wydarzeniach. Opowieść o matce nie zachowuje rygoru - Portman nie może się zdecydować, czy obserwujemy ją oczami chłopca, czy też stanowi samodzielną postać? I tak przeskakujemy od podejrzanych przez chłopca sytuacji, podsłuchanych opowieści do scen wyjętych z podświadomości matki. Cały czas dowiadujemy się jednocześnie zbyt dużo i zbyt mało, aż znów, w jednej z ostatnich scen słyszymy podsumowanie dramatu po latach słowami jej od dawna dorosłego syna (nie muszę już chyba dopowiadać, że znów film się posługuje cytatem z książki). Natalie Portman jest doskonała w roli Fani, wstrzymywane emocje wręcz pulsują na ekranie, ale wspaniała rola nie tworzy świetnego filmu (ekhem, Mark Rylance/Most Szpiegów). Film chce coś powiedzieć o Izraelu, ale też szybko z tego rezygnuje i widzimy serię materiałów dokumentalnych zmontowanych w rytm cytatów z powieści Oza. 

Czytając rok temu recenzje z Cannes i TIFF-u, natykałam się na opinie, że problemy filmu wynikają ze zbyt wielkiego poszanowania Portman dla materiału źródłowego. Poniekąd się z tym zgadzam, wielokrotnie w czasie filmu miałam wrażenie, że autorka filmu się poddaje, uważając iż nic doskonalszego niż Amos Oz z opowieścią nie zrobi i pozwala płynąć słowom powieści. Tylko że to rola zajęta już przez książkę i widz zostaje z pytaniem po co powstał ten film. Z miłości do pierwowzoru? Sama miłość, samo uwielbienie nie wystarczy, trzeba mieć jeszcze coś na jego temat do powiedzenia.
Smutno mi, że to nie do końca udany film, który chyba bez wcześniejszej lektury się nie broni (ale jeśli widzieliście, a Oza nie czytaliście, jestem BARDZO ciekawa opinii) przede wszystkim dlatego, że nie jestem pewna czy do sięgnięcia po Opowieść o miłości i mroku kogokolwiek zachęca.


ps. Muszę przy okazji poskarżyć się na serwis IMDb, który w absurdalny sposób podpisuje bohaterów filmu. Na pewno miałam genialną minę, gdy zauważyłam rolę Natalie Portman opisaną jako Fania Oz, a jej filmowego męża jako Arie Oza. Nazwisko Oz przyjął pisarz u progu dorosłości, z różnych powodów, a przez cały czas trwania wydarzeń z filmu nazywał się Amos Klausner, jego ojciec był Arie Klausnerem, a matka Fanią Klausner z domu Mussman. Nawet nie trzeba tego wiedzieć, tylko dokładnie przepisać dane z napisów końcowych, od czego w gruncie rzeczy IMDb jest.

sobota, 28 listopada 2015

To i owo: Steve Jobs (2015)

1 komentarz

- Zamieszczam trailer, bo po pierwsze jest on świetny sam w sobie, a po drugie genialnie uchwyca gorączkowe tempo filmu. Po dwóch godzinach miałam wrażenie, że minęło pół i „ojej, koniec, a ja chcę WIĘCEJ”.
- Równie dobrze mogłaby to być sztuka teatralna (to nie zarzut). Trzy akty, jedność miejsca, bohaterów i akcji usytuowane w czasie istotnych dla kariery Jobsa momentów czyli prezentacji nowych produktów. Nigdy nie widzimy go jednak na scenie. Zgrabny pomysł budujący strukturę filmu, tym bardziej, że Steve Jobs był osobą bardzo świadomą swojego wizerunku, kontrolował swoje publiczne wystąpienia i rzadko się udzielał. I właśnie premiery nowych produktów, których był twarzą kojarzą się z nim najbardziej. Tym bardziej, że były to spektakle, niemalże koncerty rockowe branży komputerowej.
- Trzeba lubić styl Alana Sorkina (scenarzysty filmu). To są dwie godziny tak typowego dla niego prowadzenia dialogów w ruchu. Cały film to tak naprawdę jedna, długa rozmowa pełna błyskotliwych sformułowań.
- One man show. Nie mam na myśli tylko Jobsa jako postaci. Pomimo fantastycznego scenariusza Sorkina, pomimo Danny’ego Boyle’a, który pokazuje swój kunszt reżyserski sprawiając, że ten w gruncie rzeczy przegadany film jest niezwykle dynamiczny, zwinny i trzyma widza w napięciu… One man show czyli Michael Fassbender. Jest to absolutnie genialna rola. Jest jednocześnie uroczy i sympatyczny, okrutny i wyrachowany. Okreslenie cyniczny wizjoner przychodzi mi do głowy. Fassbender cały czas porusza się na granicy, w górnych rejonach skali, gzie jeszcze krok i popadłby w smutny pastisz. Ale nie ma momentu, w którym go popełnia, i dzięki temu jest to jedna z jego najgenialnieszych kreacji. Jobs powoli wychodzi z kin, ale mam zamiar wybrać się jeszcze raz, bo nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak zachwycona czyjąś rolą. W jednej z anglojęzyczych recenzji (o tutaj) pojawia się sformułowanie, że Fassbender jest jak opętany przez postać którą gra. Świetna rekomendacja, nieprawdaż? 
- Mitologizowanie postaci, to była moja pierwsza refleksja po filmie. Obserwujemy nieporadność Jobsa w świecie związków międzyludzkich, na przykładzie relacji z córką i jej matką, zapominając o szczęśliwym małżeństwie z kimś innym i trójce dzieci z tego związku. Oglądamy jego bezwzględne postępowanie ze współpracownikami w Apple’u, potrzebę kontroli totalnej, całkowicie ignorując Pixar. Znacie historię? W 1986 roku, po odejściu z Apple’a Steve Jobs odkupił za 10mln$ od LucasFilm studio zajmujące się grafiką komputerową, The Graphics Group. Przemianował na Pixar i wyprodukował Toy Story, w którego liście twórców figuruje jako executive producer. Reszta to już historia. Gdzie jest Nemo?, Potwory i spółka, Toy Story 2, i moi ulubieńcy, Iniemamocni. Myśleliście kiedyś o Jobsie, jak o twórcy (waszego) dzieciństwa? W 2006 roku, Pixar został sprzedany Disney’owi, a Steve Jobs został posiadaczem największego pakietu akcji koncernu jako osoba fizyczna - 7%. Dla porównania Roy Disney ma 1% akcji. Opowiadam to dla jednego cytatu z Floyda Normana, pracownika Pixara, który powiedział, że to był spokojny, łagodny człowiek, który nigdy nie ingerował w kreatywny proces tworzenia filmów. Nie taki obraz Steve’a Jobsa mamy w głowach, prawda? Pamiętamy raczej o jego niedzielnych emailach do współpracowników I’ve been looking at the Google logo on the iPhone and I'm not happy with the icon. The second O in Google doesn't have the right yellow gradient. It's just wrong and I'm going to have Greg fix it.
- Nie, żeby twórcy nie zdawali sobie z tego sprawy. Filmowy Steve Wozniak mówi w pewnym momencie, że znał Jobsa zanim wymyślił tę swoją publiczną personę. Chyba wciąż jesteśmy na etapie budowania/utrwalania mitu - my, jako popkulturowi odbiorcy - i to jeszcze nie czas na dekonstrukcje. Sorkin twierdzi, że nie chciał zrobić filmu biograficznego, że marzył mu się staroświecki portret postaci przy pomocy filmowego medium. Czy mu się udało? Opinie oczywiście podzielone. John Sculley twierdzi, że prawdziwy i udany, Dan Kottke, że to żart z prawdziwego Jobsa. Andy Hertzfeld mówi o uchwyceniu specyficznego humoru, ambicji i charyzmy Jobsa, jego zuchwałości, ale że zupełnie film pominął jego umiejętność inspirowania i oczarowywania ludzi. Coś w tym chyba jest, bo oglądając Jobsa na ekranie zastanawiamy się dlaczego wszyscy wciąż go wspierają, skoro jest zastraszającym współpracowników arogantem. Laurene Powell-Jobs, wdowa, skrytykowała film strasznie i powiedziała, że oglądała na ekranie zupełnie innego człowieka. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że odmówiła współpracy z Sorkinem w czasie tworzenia scenariusza. W ogóle wiele osób związanych z Apple nie chciało rozmawiać z twórcami filmu. Czytałam świetny artykuł, niestety kompletnie nie pamiętam gdzie ( LA Times? San Francisco Chronicle?), że film wywołuje opór w pracownikach, kompletnie nie pomaga firmie, która wciąż boryka się ze znalezieniem tożsamości, własnego głosu po-Jobsie.

piątek, 23 października 2015

To i Owo: Marsjanin

Brak komentarzy


- Jakiś czas temu przetoczyła się przez blogową przestrzeń lawina recenzji „Marsjanina” Andy’ego Weira. Tymczasem ja w oczekiwaniu na film świadomie ominęłam zarówno książkę, jak i recenzje - chciałam żeby filmowe medium było moim pierwszym kontaktem z opowieścią, choć w sumie nie wiem skąd u mnie tyle wiary w Ridley’a Scotta, przysięgłabym że po Prometeuszu nie zostało we mnie NIC A NIC, ale zgaduję, że zadziałała siła przyzwyczajenia.
- Okazuje się, że jedyne czego trzeba, żebym dostrzegła potencjał opowieści o Robinsonie Crusoe to inna planeta. Rozumiem, że taka jestem światowa, że tu dla mnie wszędzie za blisko.
- Najwspanialszy wniosek filmu: nauka jest fajna. Przypomina mi to jeden z moich ulubionych filmów o kosmosie, Apollo 13. Widzieliście? Znacie scenę, w której naukowcy z NASA muszą wymyślić sposób połączenia kwadratowego wylotu z okrągłym, używając skończonej liczby danych elementów? Marsjanin jest podobny, pozwala nam się zachwycać pracą szarych komórek i rozwiązywaniem niemożliwych problemów.
- Muzyka ery disco jest przedmiotem ustawicznych żartów, ale ostatecznie chyba wygrywa: a) I will survive przez najbliższe miesiące będzie mi się kojarzyć z Marsem b) Starman Davida Bowiego sprawił, że się wzruszyłam - jest to naprawdę przyjemna sekwencja, która zaskakuje widza faktem, jak wiele i jak niezauważenie zainwestowali w kibicowanie Astronaucie Markowi Watney’owi.
- Marsjanin nie jest wybitnym/bardzo dobrym filmem, który jest kamieniem milowym w rozwoju gatunku (jak np. Grawitacja). Jest to wybitnie dobre kino rozrywkowe, o którym za miesiąc nie będzie się pamiętać, ale jest zrealizowany z tak fantastycznym rzemieślniczym kunsztem, że nie mam za złe. Montaż (trzy jakże różne lokalizacje: Mars/Ziemia/Statek Pomiędzy uprawiają niemalże pływanie synchroniczne ze sobą nawzajem - tak świetnie jest to zrobione), Zdjęcia (Dariusz Wolski, ale już w Prometeuszu wiedzieliśmy, że kosmos mu się udaje), aktorzy (a ja nawet nie lubię specjalnie Matta Damona).
- 3D bla bla bla, przestrzenie kosmiczne, nieprzemierzone krajobrazy obcej planety, a i tak najbardziej z technologii korzystają sceny z cyfrowego pamiętnika Marka, gdzie a) cyferki-literki nie pozwalają nam udawać, że styl zerowy, tylko cały czas wołają on tam jest sam i nie mówi do ludzi, tylko do zimnego sprzętu a za nim pustka wnętrza marsjańskiej stacji, z Markiem na pierwszym planie.
- Język angielski wymyślił wspaniałą kategorię „feelgood movies” i Marsjanin wspiął się wysoko w mojej hierarchii dobroczujków.  Nawet kiedy dzieje się źle, wiemy że bohaterowie dadzą radę. In the face of overwhelming odds, I’m left with only one option, I’m gonna have to science the shit out of this. Kiedy następnym razem będę leżeć chora w łóżku/nieszczęśliwie się snuć w niemocy intelektualnej chętnie sobię powtórzę. Sprytny, inteligenty film na poziomie opowieści i realizacji, czego chcieć więcej?
- Ps. Nie lubię angielskiego słowa. „Martian” kojarzy mi się z Martyrologią, a nie z Marsem. 

There’s a starman waiting in the sky
He’d like to come and meet us
But he thinks he’d blow our mind



wtorek, 13 października 2015

To i Owo: Więzień Labiryntu /Próby ognia

Brak komentarzy


Już od ponad tygodnia świecą się na kolor wyrzutów sumienia moje notatki z 2/3trylogii , której druga część zresztą powoli wychodzi z kin. Więzień labiryntu za to od października jest nadawany co chwilę na Canal+ i siostrzanych kanałach.Dość skąpe są moje zapiski, bo cóż można powiedzieć o kolejnej zekranizowanej młodzieżowej sadze kapitalizującej trend? To nawet nie jest złe, pierwszy film, tylko, hm…



…powiedzmy, że obejrzliwy. I od razu zaznaczę: nie czytałam powieści, moja teoria i praktyka mówi, że opowieści YA są niepomiernie bardziej znośne, gdy nie trzeba cały czas siedzieć w głowie Wyjątkowego Nastoletniego Bohatera.

Więzień Labiryntu (2014)

- Jak na film z labiryntem w tytule, strategii labiryntowych zadziwiająco brak, struktura przestrzeni prosta że hej - co to za labirynt, skoro cały/prawie cały jest zmapowany i zapamiętany? To raczej niebezpieczne ścieżki nie po linii prostej wyznaczone.
- Autor opowieści zafascynował się wizualnym obrazem grupy ludzi zamkniętej w miarę bezpiecznej przestrzeni otoczonej niebezpiecznym, tajemniczym labiryntem. Żyć spokojnie w zamknięciu czy wyruszyć w podróż? Popularny topos w malowniczym wydaniu. Problem tylko, że doklejona do tego opowieść jest TOTALNIE BEZ SENSU. Chcecie zobaczyć genialną wariację na temat? Chociażby tegoroczny Mad Max: Fury Road.
- Więzień Labiryntu jest bowiem najbardziej absurdalnym testem nad szczepionkami w dziejach. Ale jeśli ktoś mi obieca, że taki los będzie spotykał fanów literatury YA kogoś zamiast laboratoryjne szczury, mogę być na tak.
- Moje wrażenie/podejrzenie co do Jamesa Dashnera? Że przeczytał Władcę much i wykrzyknął: „Nieprawda! Chłopcy są gatunkiem miłym, dobrym, kulturalnym i zorganizowanym! Pokażę to światu!”
- Więc dlaczego uważam, że film jest warty możliwy do obejrzenia w chwili słabości intelektualnej? Jest dobrze zagrany. To nie są wybitne role, ale każda męska rola jest przyzwoicie zagrana i przyzwoicie napisana. Pomimo, że intryga się kompletnie nie spina w całość, każda postać jest wiarygodna w swych motywacjach.
- Production Designer. To nie jest funkcja, którą często wymienia się przy omawianiu filmów, ale Marc Fisichella spisał się wspaniale. Labirynt jest dostatecznie majestatyczny i tajemniczy, a osada chłopców pierwotna.
- Generalnie pod dwóch godzinach wstałam z kinowego fotelika z myślą: głupie strasznie, ale bawiłam się nieźle.
- Na koniec Więzień Labiryntu z serii Honest Trailers mojego ulubionego kanału na YouTube. Zdradza fabułę, ale jeśli ktoś widział/nie przeszkadzają mu spoilery/nie zamierza, ale chciałby się z filmu pośmiać to polecam.



Próby Ognia (2015)

-A to już było naprawdę złe. I nudne. Zapchajdziura, która ma doprowadzić widza z punktu A (pierwszy film) do B (następny). Wspominałam, że nudne?
- Bohaterowie uciekają stąd, uciekają stamtąd, idą tam, a na koniec jedno z nich postanawia wrócić. Żeby widzowie nie zdenerwowali się bzdurną fabułą na wszelki wypadek gonią ich zombie. Tu się przyznam zaskoczyłam, nie wiedziałam że idę na Resident Evil: Teen Edition.
- Najlepszą częścią filmu jest trailer. To nie żart, ani złośliwość - bardzo podobał mi się pomysł na użycie tylko scen z pierwszych dwudziestu minut, dzięki temu wszystko inne było mogło być świeżym przeżyciem.
-Aidan Gillen (Littlefinger z Gry o tron) jako administrator Złego Systemu. Prawdopodobnie w historii kina można podać inne przykłady na castingowe oczywistości psujące widzowi zabawę, ale to wbiło się do mojej pierwszej trójki.
- Inny production designer. Nie dość, że oglądałam typowe postapokaliptyczne przestrzeni sci-fi, to jeszcze wizualnie niezachwycające. Burza na pustyni? Phi, widziałam tegorocznego Mad Maxa. Walka w rozpadającym się wieżowcu? Widziałam Transformers: Dark of the Moon. Wszystko w tym filmie jest pożyczone z innych fabuł.
- Wspominalam, że potwornie nudne?
© Agata | WS | X.