Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragmenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragmenty. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 marca 2017

Fragmenty #28 na Dzień Kobiet

Brak komentarzy
„Jeżeli sama nie zorganizujesz sobie czasu, ktoś zrobi to za ciebie”


Agata Endo Nowicka w wywiadzie z Magdaleną Gorlas

poniedziałek, 14 listopada 2016

fragmenty #27 czyli jak tu nie kochać Barańczaka

Brak komentarzy
„a im,
tym naszym szkolnym kolegom, którzy po maturze poszli w rozsądniejszą stronę,
zabawna rzecz, chodziło o to samo.

tyle że oni chodzili na inne filmy”

sobota, 1 października 2016

Szekspir 2016: fragmenty#26 albo o historycznym Makbecie

Brak komentarzy
„Malcolm II, który osiągnął tron mordując Kennetha III, wypowiedział wojnę otwartą walkę szkockiemu systemowi sukcesji. System ten, znany jako tànaisteachd, dawał pierwszeństwo najstarszemu przedstawicielowi rodu, niekiedy odleglejszym krewnym lub nawet powinowatym królewskim, niekoniecznie zaś synom umierającego króla. W każdym razie zależało to każdorazowo od decyzji rady dynastycznej derbfine (gaelickie dearbhfhine) w skład której wchodzili przedstawiciele klanów, których przodkowie do trzeciej generacji wstecz zasiadali na tronie (ojciec, dziad i pradziad). Kandydat do tronu, tànaiste, musiał zyskać aprobatę dearbhfhine, bowiem w innym wypadku, jeśli nawet udało mu się zdobyć władzę, pozostali pretendenci do tronu mieli legalne prawo do rokoszu przeciw niemu.
Derbfine było ciałem jednoznacznie konserwatywnym i dążyło do wyboru władców schlebiającym dawnym tradycjom, stroniącym od „nowinek”. Nic więc dziwnego, że Malcolm II, dążąc do wprowadzenia pierwszych, nieśmiałych, a co najwyżej umiarkowanych reform w duchu feudalnym, rozpoczął od naruszenia systemu sukcesji. Swemu synowi Duncanowi I zapewnił tron wbrew woli derbfine, co oczywiście wywołało natychmiastową i ostrą reakcję środowisk zachowawczych, dążących do obalenia Duncana. Nie cieszył się on zbyt długim panowaniem. Potrafił co prawda obronić tron przed zakusami swego norweskiego kuzyna, jarla Orkadów Thorfinna, natomiast przegrał pojedynek z popieranym przez derbfine Macbethem, mórmhaorem (księciem) Moray. Macbeth był mężem Gruoch, córki Kennetha III zamordowanego przez Malcolma II (sukcesja tronu dzięki córce zamordowanego króla jest tu być może odległym echem piktyjskiego  systemu dziedziczenia „po kądzieli”). W bitwie pod  Pitvageny w pobliżu Elgin Macbeth pokonał wojska Duncana, jego samego zaś zabił w bitwie lub krótko po niej. Na pewno nie nastąpiło to podczas wizyty Duncana w zamku Macbetha, jak to znajdujemy u Shakespeare’a. Swe królobójstwo nowy władca Szkocji próbował potem odkupić pielgrzymką do Rzymu. Jego panowanie cieszyło się uznaniem większości szkockiego możnowładztwa i przebiegało pomyślnie, z całą pewnością nie było kontynuacją reform Malcolma i Duncana. Jako władca zdolny i energiczny, Macbeth utrzymywał się na tronie stosunkowo długo, bo 17 lat. Dopiero w 1057 roku Siward, jarl angielskiej Nothumbrii, a wuj wnuka Malcolma II, czyli późniejszego Malcolma III pokonal Macbetha zabijając go w bliżej nieokreślonych okolicznościach.”


Wojciech Lipoński Narodziny cywilizacji Wysp Brytyjskich (recenzja całej książki tutaj)

(znów byłam w kinie)


poniedziałek, 18 kwietnia 2016

fragmenty #25 czyli o starości

Brak komentarzy
„Kiedyś, mniej więcej dwa lata przed śmiercią, opowiadał mi o swoim odejściu z tego świata: „Kiedy, nie daj Boże, ginie na polu walki jakiś żołnierz, mołojec, dziewiętnasto-, dwudziestolatek, nu, to jest straszne nieszczęście - ale jeszcze nie tragedia. Umrzeć w moim wieku - to dopiero tragedia! Człowiek taki jak ja, dziewięćdziesięciopięcio-, prawie stulatek, przez tyle lat wstaje codziennie o piątej rano, od prawie stu lat bierze co rano zimny tusz, nawet w Rosji zimny tusz co rano, nawet w Wilnie, już od stu lat je kromkę chleba ze śledziem, pije szklankę czaju i co rano wychodzi na pół godziny, żeby przejść się trochę po ulicy, zimą czy latem, nu, przejść się rano - to żeby zażyć motion! To bardzo dobrze pobudza cyrkulację! A potem dzień w dzień wraca do domu i czyta gazetę, wypija jeszcze jedną szklankę czaju, nu, słowem, to jest tak, że jeśli ten dzielny dziewiętnastoletni bachurczik, nie daj Boże, zostanie zabity, to przecież w ogóle nie zdąży jeszcze nabrać żadnych stałych przyzwyczajeń, bo i kiedy? Ale w moim wieku to już bardzo, bardzo trudno odwyknąć: bo przejść się rano po ulicy - dla mnie to już stare przyczajenie! A zimny tusz - to też przyczajenie. Nawet po prostu żyć - to u mnie już przyczajenie, nu co, po stu latach, kto by potrafił tak od razu zmienić wszystkie swoje przyczajenia? Nie wstawać o piątej rano? Ani tuszu, ani śledzika z chlebem? Ani gazety, ani spaceru, ani szklanki gorącej herbaty? Tragedia!”


Amos Oz Opowieść o miłości i mroku

piątek, 1 kwietnia 2016

fragmenty #24 czyli o czytaniu

Brak komentarzy
„Kto sedna opowieści doszukuje się w przestrzeni pomiędzy utworem, a tym, kto go napisał - ten błądzi. Szukać należy nie między dziełem a autorem, lecz raczej pomiędzy tekstem a jego odbiorcą. 
Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma czego szukać między tekstem, a jego autorem - jest miejsce dla badań biograficznych, i nawet plotka ma swój smak. Możliwe, że nawet badanie tła biograficznego, na którym powstawały rozmaite dzieła, ma w sobie jakiś dyskretny wymiar plotkarski. Może nie należy odnosić się do plotki z lekceważeniem: jest ona pospolitą kuzynką literatury pięknej. Wprawdzie literatura raczej nie podałaby jej ręki na ulicy, ale nie można nie dostrzec ich rodzinnego podobieństwa, wyrażającego się wszak w odwiecznym, powszechnym instynkcie podpatrywania sekretów bliźniego.
(…)
Otóż polem, które woli zaorać wytrawny czytelnik, czytając literaturę piękną, nie jest przestrzeń pomiędzy tekstem a jego autorem, tylko między nim samym a słowem, które czyta. Zamiast pytać „Czy za studenckich czasów Dostojewski naprawdę mordował i grabił stare wdowy?” taki czytelnik stawia się w miejscu Raskolnikowa, aby samemu doświadczyć zgrozy, rozpaczy i dojmującej nędzy zmieszanej z napoleońską butą, iluzji wielkości i trawiącego głodu, samotności, żądzy i wyczerpania aż po pragnienie śmierci - i dokonać porównania (którego wynik niechaj pozostanie tajemnicą) nie między bohaterem opowiadania a rozmaitymi awanturami z życia jego autora, lecz między ową postacią a twoim najskrytszym „ja”, udręczonym, nieszczęsnym, szalonym i zbrodniczym, tym przerażającym monstrum, które więzisz głęboko w najciemniejszym lochu, aby nikt nigdy nie domyślił się, uchowaj Boże, jego istnienia, nawet rodzice i najbliżsi, i aby nie uciekli przed tobą w panicznym strachu, jak się ucieka przed potworem. Czytając więc historię Raskolnikowa, możesz - pod warunkiem, że jesteś dobrym czytelnikiem, a nie zwykłym plotkarzem - wprowadzić go do środka, do własnych kazamatów i mrocznych labiryntów, poprzez wszystkie kraty, aż do najgłębszego lochu, aby pokazać mu swoje najbardziej wstydliwe i hańbiące potwory, zestawić monstrum Dostojewskiego z własnym. W zwykłym życiu nie mógłbyś ich porównać, bo przenigdy nie ujawniłbyś ich żadnej żywej istocie, nawet szeptem, w łóżku, osobie, która sypia z tobą w nocy.”



Amos Oz Opowieść o miłości i mroku


ps. kiedyś Pożeracz chciał o tym porozmawiać.

sobota, 20 lutego 2016

fragmenty #23 czyli R.I.P. Umberto Eco

Brak komentarzy


„Musi istnieć tajemnica, która uwolni nas od frustracji dzięki temu, że ją poznamy, albo bowiem zapewni nam zbawienie, albo poznanie jej będzie równoważne zbawieniu. Czy istnieje tajemnica tak wyrazista?
Z całą pewnością, pod warunkiem jednak, że nie zostanie nigdy poznana. Obnażona, mogłaby przynieść nam wyłącznie rozczarowanie. (…) Był jeden taki, może to Rubinstein, który na pytanie, czy wierzy w Boga, odpowiedział „Och, ja wierzę… w coś znacznie większego…”. Ale był też inny (może Chesterton?), który powiedział: to, że ludzie przestali wierzyć w Boga, nie oznacza, że nie wierzą już w nic, gdyż wierzą we wszystko.
Wszystko nie jest bynajmniej największą z tajemnic. Nie ma tajemnic największych, gdyż natychmiast po ujawnieniu stają się małe. Jest tylko tajemnica pusta. Tajemnica, która się wymyka.”


Umberto Eco Wahadło Foucaulta

czwartek, 18 lutego 2016

fragmenty #22 czyli był moim ulubionym polskim reżyserem

Brak komentarzy



„Piękno jest jednym z tych słów-parostatków, wszystko można do niego zapakować. Jedni zobaczą piękno w Marylin Monroe, a drudzy zobaczą w niej babę, która ma paskudne nogi, tyłek jej wisi nad ziemią i kaczy nos. Co to znaczy piękno? Nie ma czegoś takiego jak „piękno” w ogóle. Jest piękno w szczególe, który jest w czasie i przestrzeni oznaczony. I teraz, jak tu się zbliżyć do pańskiego myślenia? Ja nie usiłuje robić filmów po to, by epatować jakąkolwiek formą. Nie chcę epatować tym, co uważałbym za brzydotę estetyczną, etyczną czy moralną. Jeżeli są w tych filmach rzeczy trudne, brutalne czy też filmy te pokazują świat nie zawsze urodziwy i od słonecznej strony, to - jak już powiedziałem - to wszystko po to, żeby przejść przez tunel i dostać się do jakiegoś światła. Jest w tym cel, jest metoda. Natomiast faktem jest, że wolę obejrzeć film, w którym gra urodziwa i zdolna aktorka, a nie jakaś szkarada. Wolę zobaczyć film, w którym jest zręcznie skonstruowany scenariusz, niż film ze scenariuszem niezręcznym. I to nawet, jeżeli facet konstruujący niezręczny scenariusz miał z duszy, z serca coś okropnie ważnego mi do powiedzenia.
Po prostu dlatego, że wolę sztuczność kina od przyglądania się pokrzywie. I podobnie jak pan uważam „sztukę” i wszystko to, co jest z nią związane - to znaczy myślenie estetyczne, myślenie o estetyce i przede wszystkim wzruszenia, jakie to przynosi - za ważniejsze od czegokolwiek innego.”


Żuławski - przewodnik Krytyki Politycznej (wywiad rzeka, rozmawiają Piotr Kletowski, Piotr Marecki)

niedziela, 20 grudnia 2015

fragmenty #21

Brak komentarzy

"(...)nie ograniczajmy opinii do kliknięcia "lubię to", nie ograniczajmy recenzji do gwiazdki, książki to nie koniaki, nie są też do lubienia, ale do czytania, do refleksji, do rozbudzania marzeń. Można książki nie chcieć dokończyć, można czuć złość wobec autora, niedosyt po ukończeniu, można się identyfikować z bohaterem lub go potępiać, ale nigdy nie pozwólmy sprowadzić obcowania z literaturą do "lubię to"."


Łukasz Gołębiewski Gdzie jest czytelnik

sobota, 14 listopada 2015

fragmenty #20

Brak komentarzy

"Postrzeganie i przeżywanie własnej egzystencji, przynajmniej częściowo, wedle popkulturowych standardów, "spektakularnych rzeczywistości" jest jednak współcześnie zjawiskiem niebudzącym wątpliwości. W opinii Zygmunta Baumana, dzięki sieci infostrad, w szybkim tempie poszerzającej swój zasięg i zagęszczającej się, każda jednostka - mężczyzna i kobieta, dorosły i dziecko, biedy i bogaty - zapraszana jest, zachęcana i nakłaniana (a raczej przymuszana) do porównywania swego osobistego losu z losem wszystkich innych jednostek, a zwłaszcza z rozpasaną konsumpcją medialnych idoli (...) oraz uznawania bogactwa z jakim się obnoszą, za wykładnik wartości nadających życiu sens. Zarazem, choć realne widoki na przynoszące zadowolenie życie w dalszym ciągu cechują się diametralnym zróżnicowaniem, wytęsknione standardy i pożądane atrybuty "szczęśliwego życia" wykazują tendencję do postępującej uniformizacji: siłą pobudzającą nie jest już mniej lub bardziej uświadomione pragnienie dorównania sąsiadom, ale bałamutnie mętna idea dorównania celebrytom (...). Jak zauważył Oliver James owa nader toksyczna mieszanka wytwarza się w wyniku podsycania nierealistycznych aspiracji, oraz przekonania, że da je się urzeczywistnić.  Poddając się owemu przymusowi podmioty, wyzwalając się z zależności wynikających ze zobowiązań wobec innych członków rzeczywistych wspólnot, których częścią były niegdyś, wywłaszczają się z "tradycyjnej" tożsamości. Jej miejsce zajmują tentatywne po(d)ręczne zestawy awatarów przywoływanych do istnienia zgodnie z zasadami dramaturgii, które aktualizują autobiografie uchodzące za powszechnie dostępne remedium na miałkość egzystencji zamkniętej w kręgu lokalnych ograniczeń. W rezultacie takich i podobnych praktyk standardowy, klasyczny model autonomicznej, wewnętrznie zintegrowanej stabilnej osobowości, postrzeganej jako spójna konfiguracja cech współkonstytuujących tożsamość podmiotów traci rację bytu."



Krzysztof Korżyk Zmierzch wiedzy w kulturze dostępu (Autoportret nr 1/2014)

wtorek, 20 października 2015

fragmenty #19 z dedykacją

Brak komentarzy
"Niezbędne jest forum otwartej dyskusji. Demokracja to dyskusja, szansa na to, by siła argumentów przekładała się na podejmowane decyzje (w tym najistotniejsze decyzje polityczne). Porządek demokratyczny tworzy warunki instytucjonalne dla mediacji, negocjacji i, kiedy trzeba, dochodzenia do kompromisów. Prowadzenie otwartej dyskusji jest samo przez się elementem edukacji demokratycznej: udział w debacie kształtuje bardziej światłych obywateli, co jest po części efektem poszerzania ich horyzontów poznawczych, ale wynika także z uznania prawomocnej różnorodności - czyli pluralizmu - i z edukacji emocjonalnej. Politycznie ukształtowany uczestnik dialogu jest w stanie pozytywnie przepracować swoje emocje: racjonalnie uzasadniać swoje przekonania, unikać jałowych polemik i emocjonalnych napaści."

Anthony Giddens Przemiany intymności


...dedykuję wszystkim, którzy uważają że posiadanie politycznych poglądów na kwestie różne i dyskutowanie ich w towarzystwie jest w złym tonie/co najmniej czują potrzebę przeprosić za poruszanie tematu.

poniedziałek, 28 września 2015

fragmenty #18 czyli Agamben o uchodźcach

Brak komentarzy
Długo, ale fascynująco o problemie mój ulubiony żyjący filozof (nie wiem dlaczego poczułam się piszcząca nad ulubionym boysbandem nastolatka): Giorgio Agamben w Homo sacer: suwerenna władza i nagie życie. Skróty moje (choć najchętniej zacytowałabym pół książki).


"Punktem wyjścia Arendt jest paradoks, polegający na tym, że to właśnie postać, która powinna być ucieleśnieniem praw człowieka par exellence - uchodźca - zwiastuje radykalny kryzys tego pojęcia. "Koncepcja praw ludzkich oparta na założeniu, że istnieje istota ludzka jako taka, natychmiast się załamała, kiedy osoby głoszące, że w nią wierzą, po raz pierwszy zetknęły się z ludźmi, którzy naprawdę stracili wszystkie inne cechy i znaleźli się poza związkami łączącymi ludźmi - z wyjątkiem tego, że byli ciągle ludźmi"*. W systemie państw narodowych, tak zwane święte i niezbywalne prawa człowieka okazują się wyzbyte wszelkiej ochrony i realności w chwili, gdy nie mogą już przyjąć formy praw przynależnych obywatelom jakiegoś państwa. (...)

Jeśli uchodźcy (których ilość nieustannie wzrasta, aż do momentu, gdy stanowią oni znaczący ułamek ludzkości) reprezentują tak niepokojący żywioł w porządku nowoczesnego państwa narodowego, to dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że - naruszając ciągłość między człowiekiem, a obywatelem, urodzeniem, a narodowością - wywołują kryzys źródłowej fikcji nowoczesnej suwerenności. Wydobywając na jaw różnicę między urodzeniem a narodem, uchodźca sprawia, że utajona przesłanka sfery politycznej - nagie życie - pokazuje się na moment wewnątrz tej sfery. W tym sensie uchodźca naprawdę jest, jak sugeruje Arendt "człowiekiem praw", ich pierwszą i jedyną prawdziwą manifestacją na zewnątrz pokrywającej je zawsze fikcji obywatela. Jednak to właśnie sprawia, że postać uchodźcy tak trudno politycznie zdefiniować. (...)

Ważne jest to, że za każdym razem, gdy uchodźcy występują nie jako indywidualne przypadki, lecz -jak to się dzieje dziś coraz częściej - jako zjawisko masowe, zarówno organizacje, jak i konkretne państwa okazują się, wbrew uroczystym zapewnieniom o "świętych i niezbywalnych" prawach człowieka, absolutnie niezdolne nie tylko do rozwiązania problemu, lecz nawet do jego adekwatnego postawienia. (...)

Pojęcie uchodźcy (i reprezentowaną przez to pojęcie postać życia) trzeba stanowczo oddzielić od koncepcji praw człowieka. Trzeba też poważnie rozważyć tezę Arendt, że losy praw człowieka i państwa narodowego wiążą się ze sobą, tak że schyłek i kryzys jednego z nich pociąga za sobą nieuchronnie kres drugiego. Uchodźca powinien być uważany za to, czym jest: za co najmniej pojęcie graniczne, radykalnie podważające fundamentalne kategorie państwa narodowego, poczynając od powiązań urodzenie-naród i człowiek-obywatel. Pojęcie uchodźcy umożliwia zatem oczyszczenie drogi dla długo oczekiwanej odnowy kategorii w służbie polityki, w której nagie życie nie będzie już oddzielane ani traktowane jako wyjątek, czy to w porządku państwowym, czy pod postacią praw człowieka"


*Hannah Arendt Korzenie totalitaryzmu

poniedziałek, 14 września 2015

fragmenty #17

Brak komentarzy
"Telefes jest niegłupi, ale o wiele mniej mądry, niż to sobie wyobraża. Dlatego też wszystko, co zamyśla i zamierza, kroi na miarę, która znacznie przerasta jego rozum; nigdy nie mieści się w ramach własnych sił i możliwości. Oto trafne porównanie: Telefes jest jak gdyby zamknięty rogatką i nie powinien by wykraczać poza nią, ale nie zważa na nic, wypada poza właściwą sobie dziedzinę, sam obnaża swoją słabą stronę i innym ją ukazuje. Mówi o czymś, na czym się nie zna, sięga powyżej własnych możliwości, pożądania jego przebierają miarę. Telefes w każdej możliwej dziedzinie porównuje się z najlepszymi, a to, co w nim naprawdę dobre i godne szacunku, psuje przez pretensję do wielkości czy nadzwyczajności. Widać wyraźnie czym nie jest, a trzeba się dopiero domyślać, kim jest. To człowiek, który nie zna siebie, nie zna własnej miary, a jego osobowość polega na tym, że nie potrafi poprzestać na własnej osobowości."

Jean de la Bruyère Charaktery


ps. Zainstalowałam Disqusa. Lubię go za umiejętność przypominania mi o toczących się na blogach rozmowach, więc pomyślałam, że i swoim czytelnikom życie ułatwię. No i można komentować obrazkami ;)

niedziela, 30 sierpnia 2015

fragmenty #16

1 komentarz
"Zdaniem Toynbee'ego przejście od niższego do wyższego stadium rozwoju dokonuje się proporcjonalnie do zdolności danego ludu, okazywanych w walce z warunkami zewnętrznymi, w tym wynikającymi z położenia geograficznego, umiejętności pokonywania wszelkiego rodzaju przeszkód i kryzysów. Wielkość danej cywilizacji zdaniem Toynbee'ego zależy od powodzenia w przezwyciężeniu trudności, ciężkich prób cywilizacyjnych (ordeals), w końcu od umiejętności wyciągania wniosków i gromadzenia doświadczeń, wykorzystywanych w coraz to nowych sytuacjach. Im przeszkody większe, tym większa szansa, że po ich przezwyciężeniu dana cywilizacja osiągnie wyższe stadium rozwojowe dzięki doskonaleniu i hartowaniu struktur społecznych, ekonomicznych i politycznych. Te same przeszkody mogą być jednak dla jednego ludu przeszkodą nie do przebycia, podczas gdy dla innego - czynnikami stymulującymi (stimuluses). W ostatecznym rachunku to właśnie ten wybór, między ugięciem się, a nieustępliwością, między pierzchnięciem w tył a parciem do przodu - decyduje o wielkości bądź klęsce. Nie umiejący przekroczyć pewnej bariery rozwojowej wojowniczy lud Brigantów, który znika ze sceny historycznej i Anglicy po Athelney, odzyskujący pod Alfredem grunt i inicjatywę polityczną, a przy tym budujący w skrajnie trudnej sytuacji wysoko mierzącą kulturę - stanowią tu przeciwstawne przykłady."

Wojciech Lipoński Narodziny cywilizacji Wysp Brytyjskich




.......Czyli co robię jak mnie nie ma: gram w Civilization.

piątek, 7 sierpnia 2015

fragmenty #14 i #15

3 komentarze
"I'm suspicious of myself anyway when I'm feeling righteous and misunderstood"
Sue Grafton, A jak Alibi


a dla tych co chcieliby coś w ojczystym języku:
"nie, nie łudź się, że cię uratuje ironiczny uśmieszek wewnętrzny"
Stanisław Barańczak

środa, 29 lipca 2015

fragmenty #13

Brak komentarzy
"Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte ubiegłego stulecia (...) Coover charakteryzuje jako czas "kiedy zmieniły się nasze podstawowe założenia dotyczące wszechświata, a z nimi również metafora, poprzez którą wszechświat jest rozumiany. Nasza stara wiara - albo, żeby to dokładniej powiedzieć, nasze stare poczucie konstrukcji wywodzących się z mitów, legend i innych historii, które pomagają nam wyjaśnić to, co dzieje się w naszej codzienności: dlaczego nasze rządy są takie a nie inne, dlaczego nasze instytucje maja taki, a nie inny charakter, dlaczego świat jest taki, a nie inny - straciła swoją siłę. Wcale nie oznacza to, że jest ona nieprawdziwa; po prostu nie jest tak silna, jak była w przeszłości" [Frank Gado - First Person: Conversations on Writers and Writing]. Co gorsza, owych starych konstrukcji nie można zastąpić nowymi, z tej prostej przyczyny, że ich nie ma. W wyniku takiego przekonania może już się pojawić metafikcja, czyli taka fikcja (literatura), która nie aspiruje do prezentowania żadnych ostatecznych prawd lub wartości, ponieważ jest w pełni świadoma faktu, że prawdy te są pewnymi fikcyjnymi pojęciami. (...) Rober Coover zauważył, "że żyjemy fikcją" i właśnie dlatego powinniśmy być "metafikcyjnie" świadomi faktu, że to, co kształtuje naszą rzeczywistość - historia, filozofia, religia - zawsze jest pewną "ufikcyjnioną" formą.



Patrycja Baran, Andrzej Antoszek - W poszukiwaniu straconej prawdy (Literatura na Świecie nr 1/2001)

sobota, 25 lipca 2015

fragmenty #12

1 komentarz
Z Kazimierz Jagielończyk i jego czasy Marii Boguckiej:

„Uczony norymberski Hartman Schedelius w swojej Kronice świata, powstałej między rokiem 1480 a 1492, tak pisał o Krakowie: „Obok kościoła św. Anny znajduje się uniwersytet głośny bardzo z wielu sławnych i uczonych mężów, w którym uprawiane są wszelkie umiejętności: nauka wymowy, poetyka, filozofia i fizyka. Najbardziej jednak kwitnie tam astronomia, a pod tym względem, jak wiem to od wielu osób, nie masz w całych Niemczech szkoły sławniejszej”


Zapomniałam, że Mikołaj Kopernik był produktem pewnego systemu. Miło sobie wyobrażać samotnego geniusza, który w zapomnianym Fromborku dokonuje ważnych odkryć, ale tak naprawdę on i jego osiągnięcia naukowe wiele zawdzięczają doskonałej renomy studiom matematyczno-astronomicznym, z jakich słynął w XV Kraków. A o sławnym na całą ówczesną Europę fakultecie (którego wykładowcy dokonali szeregu ważnych, lecz mniejszych odkryć) dowiedziałam się dopiero od Boguckiej.

środa, 22 lipca 2015

fragmenty #11

Brak komentarzy
"Obraz mimo swojej naoczności pozostaje dla ekspertów innych dziedzin niejasny. Nie jest przecież tekstem i czyta się go "w całości i od razu", jednym spojrzeniem obejmując całość znaczenia. A takie zawieszenie linearności odczytywania oraz fakt, że sens prezentuje się skokowo i w jednej chwili roztacza całą panoramę odniesień, jest "gwałtem poznawczym". Nie pozwala na taki udział "własnych obrazów", na jaki pozwala czytanie tekstu. Tekst prowokuje aktywność wyobraźni, czytając widzimy obrazy - mozaikę wizualizacji wyłaniających się z pamięci i "podstawianych" pod tekst. To jest właśnie pustka słowa: słowo nie jest rzeczą, którą nazywa. Obraz natomiast odważniej odsyła do przedstawionej rzeczy. "W obrazie przedmiot oddaje się cały i jego widok jest pewny - w przeciwieństwie do tekstu lub innych percepcji, które oddają mi przedmiot w sposób nieostry, dyskusyjny, przeto każą mi być nieufnym wobec tego, co zdaję się widzieć" [D. Harper- On the Authority of the Image: Visual Methods at  the Crossroads]. Pracę wyobraźni obraz lokuje zatem gdzie indziej, nie w wypełnieniu pustki słowa, ale w szukaniu odpowiedzi na pytanie: czym jest, co widzę? Skoro rzecz, którą widzę, jest już "wszystkim", to czym więcej jeszcze jest? Nieumiejętność czytania obrazów jest niewątpliwie odmianą analfabetyzmu (…)"

Artur Żmijewski - Stosowane sztuki społeczne, Krytyka Polityczna #11-12

środa, 15 lipca 2015

fragmenty #10

3 komentarze
"Ostatnia Wieczerza Leonarda da Vinci prawie zniknęła wskutek niekorzystnych procesów technologicznych ze ściany refektarza klasztoru dominikanów w Mediolanie - a mimo to nie przestaje być jednym z najbardziej okrytych chwałą dzieł sztuki światowej, co jest jeszcze jednym dowodem, że istnienie sławnych obrazów wybiega daleko poza ich byt przedmiotowy, że trwa ono i ulega przemianom w sferze wyobraźni, świadomości indywidualnej i zbiorowej. Życie sławnych obrazów w legendzie, w przekazie ustnym i w najrozmaitszych formach przekazu wizualnego jest tak bogate, złożone, że czasem zapominamy o istnieniu konkretnego obiektu, który dał początek legendzie."


Andrzej Osęka, 100 najsłynniejszych obrazów



źródło: www.museyon.com

czwartek, 9 lipca 2015

fragmenty #9

1 komentarz
"(…) zmysł parodii łączy się z głosem buntu: malarze ośmieszają arcydzieła przeszłości, gdy chcą się od nich oswobodzić, gdy chcą uwolnić sztukę spod terroru tradycji. Dlatego futuryści znieważali Nike z Samotraki, surrealiści domalowywali wąsy Monie Lisie, a przedstawiciele popartu (np. Rauschenberg) wklejają w swe dzieła reprodukcje dzieł mistrzów obok kawałków gazet, etykiet, fotosów. Sławne obrazy wyzwalają instynkty świętokradcze, które przecież pojawiać się mogą tylko wtedy, gdy obiekt zamachów utrwalił się w świadomości społecznej jako sacrum. I w ten sposób zamachy owe powiększają jedynie sławę dzieł, w które miały ugodzić, przeradzają się w swoisty, przewrotny hołd; w legendzie obrazu gest obrazoburczy jest zawsze motywem bezcennym."

Andrzej Osęka, 100 najsłynniejszych obrazów


ps. Książka w tym jednym cytacie ujawnia swój wiek, używając czasu teraźniejszego. Ciekawe kto od razu zauważył ;)

sobota, 4 lipca 2015

fragmenty #8

Brak komentarzy
"Gdy w 1066 r. Anglię podbijają Normanowie, ziemie w posiadaniu zbiorowym wciąż stanowiły znaczącą część wszystkich gruntów. Teraz jednak ulegało to wręcz błyskawicznej przemianie. William Zdobywca, wyrugowawszy z majątków anglosaska klasę średnią, stał się dysponentem przytłaczającej części jej ziemi. Rozpoczął rozdawnictwo posiadłości na rzecz lojalnych wobec niego baronów i rycerzy niemal wyłącznie normańskich. Podniósł też rękę na dotychczasową świętość anglosaską - grunty stanowiące własność zbiorową. Uznał je za ziemie królewskie, a ich strażnikiem uczynił szeryfa, na tę okoliczność wyposażonego w dodatkowe uprawnienia, jakimi nigdy nie wcześniej nie cieszył się anglosaski sciregerefa. Szeryfowie Williama od samego początku mieli na pieńku z ludnością anglosaską jako przedstawiciele warstwy panującej, posługującej się niezrozumiałym językiem, znienawidzonej za liczne okrucieństwa i drapieżne egzekwowanie podatków. Ale żadna z ich przywar nie ściągała na nich tyle nienawiści, co funkcja generalnego na danym terenie strażnika gruntów i lasów królewskich. Polowanie w lasach, teraz królewskich, choć do niedawna dostępnych wszystkim, stało się czynem ściganym przez prawo i to prawo wyjątkowo okrutne. Upolowanie sarny, a nawet zwykłego zająca groziło oślepieniem, ucięciem ręki, jeśli zaś sędzia był w dobrym humorze, a zwierzyna mniejsza - tylko lochem… Karano nawet za zabicie zwierzyny, która wychodząc z lasu czyniła szkodę na polach. Już po Williamie sięgano nawet po karę śmierci. Tymczasem przeciętnemu Anglikowi nie mieściło się w głowie, iż król może być właścicielem lasu i zwierząt, których nigdy na oczy nie widział i że każe tak surowo karać swój lud, który to wszystko od pokoleń uważał za wspólne dziedzictwo. William, tworząc na gruntach gminnych swe królewszczyzny, ugodził w jedno z najbardziej delikatnych punktów angielskiej psychiki zbiorowej. Nie zostanie mu to wybaczone przez setki lat. Wkrótce też, jakby w odpowiedzi, powstanie ludowa epopeja Robin Hooda, skrajnie antynormańska w wymowie. Jej lokalizacja w lasach wokół Nottingham, gdzie rządy kilku po kolei normańskich szeryfów dały się Anglosasom szczególnie ostro we znaki, jest tu wielce wymowna. Problem praw leśnych jest w niej nie tylko jednym z centralnych wątków, ale i swoista miarą zjawiska."

znalezione na orginalrailwayposters.co.uk



Zadziwia mnie, że inna sławna brytyjska legenda (o królu Arturze) pomimo wielu różnych wersji zachowała pierwotny ton "stare tradycje vs. obcy przybysze", podczas gdy opowieść o Robin Hoodzie stała się homogeniczna kulturowo i narodowościowo. Nawet jeśli czasem pamięta się o anglosaksońskich korzeniach bohatera (Ivanhoe, ekranizacja z 1938r.) to i tak czyni się go wiernym stronnikiem normańskiego króla.

Cytat z Narodzin Cywilizacji Wysp Brytyjskich Wojciecha Lipońskiego
© Agata | WS | X.