sobota, 28 listopada 2015

To i owo: Steve Jobs (2015)


- Zamieszczam trailer, bo po pierwsze jest on świetny sam w sobie, a po drugie genialnie uchwyca gorączkowe tempo filmu. Po dwóch godzinach miałam wrażenie, że minęło pół i „ojej, koniec, a ja chcę WIĘCEJ”.
- Równie dobrze mogłaby to być sztuka teatralna (to nie zarzut). Trzy akty, jedność miejsca, bohaterów i akcji usytuowane w czasie istotnych dla kariery Jobsa momentów czyli prezentacji nowych produktów. Nigdy nie widzimy go jednak na scenie. Zgrabny pomysł budujący strukturę filmu, tym bardziej, że Steve Jobs był osobą bardzo świadomą swojego wizerunku, kontrolował swoje publiczne wystąpienia i rzadko się udzielał. I właśnie premiery nowych produktów, których był twarzą kojarzą się z nim najbardziej. Tym bardziej, że były to spektakle, niemalże koncerty rockowe branży komputerowej.
- Trzeba lubić styl Alana Sorkina (scenarzysty filmu). To są dwie godziny tak typowego dla niego prowadzenia dialogów w ruchu. Cały film to tak naprawdę jedna, długa rozmowa pełna błyskotliwych sformułowań.
- One man show. Nie mam na myśli tylko Jobsa jako postaci. Pomimo fantastycznego scenariusza Sorkina, pomimo Danny’ego Boyle’a, który pokazuje swój kunszt reżyserski sprawiając, że ten w gruncie rzeczy przegadany film jest niezwykle dynamiczny, zwinny i trzyma widza w napięciu… One man show czyli Michael Fassbender. Jest to absolutnie genialna rola. Jest jednocześnie uroczy i sympatyczny, okrutny i wyrachowany. Okreslenie cyniczny wizjoner przychodzi mi do głowy. Fassbender cały czas porusza się na granicy, w górnych rejonach skali, gzie jeszcze krok i popadłby w smutny pastisz. Ale nie ma momentu, w którym go popełnia, i dzięki temu jest to jedna z jego najgenialnieszych kreacji. Jobs powoli wychodzi z kin, ale mam zamiar wybrać się jeszcze raz, bo nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak zachwycona czyjąś rolą. W jednej z anglojęzyczych recenzji (o tutaj) pojawia się sformułowanie, że Fassbender jest jak opętany przez postać którą gra. Świetna rekomendacja, nieprawdaż? 
- Mitologizowanie postaci, to była moja pierwsza refleksja po filmie. Obserwujemy nieporadność Jobsa w świecie związków międzyludzkich, na przykładzie relacji z córką i jej matką, zapominając o szczęśliwym małżeństwie z kimś innym i trójce dzieci z tego związku. Oglądamy jego bezwzględne postępowanie ze współpracownikami w Apple’u, potrzebę kontroli totalnej, całkowicie ignorując Pixar. Znacie historię? W 1986 roku, po odejściu z Apple’a Steve Jobs odkupił za 10mln$ od LucasFilm studio zajmujące się grafiką komputerową, The Graphics Group. Przemianował na Pixar i wyprodukował Toy Story, w którego liście twórców figuruje jako executive producer. Reszta to już historia. Gdzie jest Nemo?, Potwory i spółka, Toy Story 2, i moi ulubieńcy, Iniemamocni. Myśleliście kiedyś o Jobsie, jak o twórcy (waszego) dzieciństwa? W 2006 roku, Pixar został sprzedany Disney’owi, a Steve Jobs został posiadaczem największego pakietu akcji koncernu jako osoba fizyczna - 7%. Dla porównania Roy Disney ma 1% akcji. Opowiadam to dla jednego cytatu z Floyda Normana, pracownika Pixara, który powiedział, że to był spokojny, łagodny człowiek, który nigdy nie ingerował w kreatywny proces tworzenia filmów. Nie taki obraz Steve’a Jobsa mamy w głowach, prawda? Pamiętamy raczej o jego niedzielnych emailach do współpracowników I’ve been looking at the Google logo on the iPhone and I'm not happy with the icon. The second O in Google doesn't have the right yellow gradient. It's just wrong and I'm going to have Greg fix it.
- Nie, żeby twórcy nie zdawali sobie z tego sprawy. Filmowy Steve Wozniak mówi w pewnym momencie, że znał Jobsa zanim wymyślił tę swoją publiczną personę. Chyba wciąż jesteśmy na etapie budowania/utrwalania mitu - my, jako popkulturowi odbiorcy - i to jeszcze nie czas na dekonstrukcje. Sorkin twierdzi, że nie chciał zrobić filmu biograficznego, że marzył mu się staroświecki portret postaci przy pomocy filmowego medium. Czy mu się udało? Opinie oczywiście podzielone. John Sculley twierdzi, że prawdziwy i udany, Dan Kottke, że to żart z prawdziwego Jobsa. Andy Hertzfeld mówi o uchwyceniu specyficznego humoru, ambicji i charyzmy Jobsa, jego zuchwałości, ale że zupełnie film pominął jego umiejętność inspirowania i oczarowywania ludzi. Coś w tym chyba jest, bo oglądając Jobsa na ekranie zastanawiamy się dlaczego wszyscy wciąż go wspierają, skoro jest zastraszającym współpracowników arogantem. Laurene Powell-Jobs, wdowa, skrytykowała film strasznie i powiedziała, że oglądała na ekranie zupełnie innego człowieka. Z drugiej strony, trzeba pamiętać, że odmówiła współpracy z Sorkinem w czasie tworzenia scenariusza. W ogóle wiele osób związanych z Apple nie chciało rozmawiać z twórcami filmu. Czytałam świetny artykuł, niestety kompletnie nie pamiętam gdzie ( LA Times? San Francisco Chronicle?), że film wywołuje opór w pracownikach, kompletnie nie pomaga firmie, która wciąż boryka się ze znalezieniem tożsamości, własnego głosu po-Jobsie.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

© Agata | WS | X.